wtorek, 1 września 2015

Ciemniejsza strona biegania...

Dziś jeszcze pomęczę Was trochę tematem biegania... ale obiecuję, że w ciągu kilku dni pojawi się kolejna notka, tym razem "kosmetyczna". Polecę Wam produkt, który zupełnie przypadkiem trafił do mojego koszyka... Notka się tworzy...
Tymczasem opowiem Wam nie o blaskach, a cieniach biegania, bo w sumie doświadczam tych drugich ostatnio nieco więcej. Jeśli śledzicie od czasu do czasu mojego bloga, to wiecie, że przygotowuję się właśnie do maratonu. Wybrałam krótki, bo 12-tygodniowy plan treningowy, ponieważ po 1) zwyczajnie brakowało mi czasu, by wcześniej go wdrożyć po 2) stwierdziłam, że plan początkowy/wprowadzający do biegania  mam już w większości zaliczony...

Jestem w połowie planu treningowego i hmm... już nic nie jest takie jak było kiedyś...
Jeszcze kilka miesięcy temu wychodziłam biegać kiedy miałam na to ochotę. Spotykałam się ze znajomymi, z dzielnicową grupą biegaczy, by w spokojnym tempie przedreptać wspólnie kilka kilometrów, opowiadając zabawne anegdotki. Oczywiście lubiłam też sama pobiegać z muzyką w słuchawkach... to mnie relaksowało, dzięki temu czułam, że mam wreszcie czas dla siebie - łączę przyjemne z pożytecznym...

W lipcu przebiegłam łącznie 185 km, w sierpniu 229 km. W każdym z tych miesięcy biegałam 18/31 dni, co daje średnio 10,3 km dziennie w lipcu i 12,7 km w sierpniu. To sporo, biorąc pod uwagę, że jeszcze 2 lata temu byłam typem kanapowca. Jednak radość z biegania zmieniła się w znużenie, w obowiązek, który coraz częściej mogę nazwać przykrym. Być może to wina pogody.. jest pięknie - słońce, upał, znajomi wypoczywają nad jeziorem, na działce, w ogrodzie, a ja po pracy przebieram się w strój sportowy i gnam ile sił w nogach. Mój plan treningowy zakłada treningi 4 razy w tygodniu, ale często robię te treningi dzień po dniu, by w weekend spotkać się chociaż przez chwilę ze znajomymi, rodziną lub... pobiec w zawodach! Mam niewiele czasu wolnego, znajomi, z którymi planowałam się częściej spotkać w wakacje przestali dzwonić, gdyż wciąż im odmawiałam. Mam nadzieję, że mimo to, jakoś mnie zrozumieją. Wciąż tłumaczę sobie, że za 6 tygodni wszystko się zmieni... a raczej wróci do normy. Po treningu nie chce mi się nic. Biorę prysznic i siedzę chwilę przed komputerem oglądając zdjęcia znajomych z facebooka, którzy fantastycznie się bawią... beze mnie. Nawet przestałam czytać książki, bo, mimo, że są  ciekawe i naprawdę mnie wciągają, ostatnio skutecznie mnie usypiają i łapię się na tym, że nie wiem, co przed chwilą przeczytałam. Mogę spać gdziekolwiek i o którejkolwiek godzinie. Cieszę się, że chociaż problem z bezsennością minął ;) Ta ciągła gonitwa - praca - trening - zawody + czas, który wypada poświęcić najbliższym powoli mnie niszczy fizycznie i psychicznie. Chociaż spodziewam się, że jestem w takim transie, że gdybym miała nawet jeden cały dzień dla siebie i tak poszłabym potruchtać, a ten trucht zamieniłby się w długie wybieganie. Serio... są dni, że zamiast wysypu endorfin jest przygnębienie i smutek, do tego nogi sprawiają wrażenie jakby były z ołowiu. Następnego dnia jednak te "ołowiane nogi" lubią ponieść mnie przez 20 km lub więcej. Mam taką huśtawkę nastrojów od dołka po euforię, gdy przebiegnę spory dystans. Mówili - biegaj, będzie fajnie. No i jest fajnie, ale już nie tak fajnie jak było na początku, gdy bieganie było zabawą, odskocznią od rzeczywistości. Często bolą mnie mięśnie, włosy częściej się przetłuszczają, a biust i delikatne miejsca ciała są regularnie obtarte przez bieliznę i odzież (szczególnie po dłuższych wybieganiach).
Znajomi biegacze wciąż walczą z kontuzjami, chodzą do fizjoterapeuty. (Odpukać w niemalowane) mnie to jeszcze na szczęście omija) Ale nasze mieszkanie jest w coraz gorszym stanie, bo mam teraz tylko delikatne zrywy na sprzątanie, a zdarza się, że garnki leżą w zlewie nawet 3 dni, do prasowania zbiera się gigantyczna kupa, którą później ciężko ogarnąć (dobrze, że koszulek do biegania najczęściej się nie prasuje ;)) podłogi wołają o mycie, a okna chyba już nie mogą się doczekać świątecznych porządków ;) Przestałam gotować "porządne" obiady i rzadko jem je z mężem, jak to zwykliśmy robić. Jest ciężko, ale mimo to nie rezygnuję. Życie jest po to, żeby spełniać swoje marzenia...
Pamiętam jak byłam w liceum... mówiłam, że kiedyś przebiegnę maraton. Później z moim M. chodziłam kibicować maratończykom. W tym roku biegnę i oby nic mnie nie powstrzymało. Wierzę, że te 12 tygodni poświęceń, ciężkiej pracy nie pójdzie na marne...
Obym na metę maratonu wbiegała co najmniej taka szczęśliwa i zadowolona:
no dobra, mogę nawet wpełznąć na metę jak wąż... byle tylko przekroczyć ją w regulaminowym czasie ;) 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz