środa, 30 marca 2016

Zimowe wejście na Rudawiec Góry Bialskie marzec 2016 Bielice zdjęcia relacja opis szlaku

#Rudawiec #GóryBialskie #KoronaGórPolski #Bielice

Kolejny dzień naszego krótkiego urlopu zaczął się również fantastycznie. Słońce świeciło, a dookoła krajobraz był po prostu bajkowy. Jakiś czas temu wymyśliłam sobie zdobycie Korony Gór Polski, czyli 28 najwyższych szczytów poszczególnych pasm górskich w Polsce. Nie zawsze jest to zgodne z prawdą, ale na te 28 szczytów po prostu prowadzą znakowane szlaki. W planie mieliśmy zdobycie Rudawca i Kowadła, bo te szczyty znajdują się w swoim dość bliskim sąsiedztwie. Aby wejść na szlak musieliśmy przejechać z Międzygórza do Bielic (ok. 40 km). 

(zdjęcie samochodu - w drodze do Bielic)

Samochód zostawiliśmy na parkingu w Bielicach. Stamtąd wyruszyliśmy zielonym szlakiem na Rudawiec. Początkowo - spacerek szeroką drogą, dość uczęszczaną, bo śnieg był ubity. Dodatkowo na fragmencie szlaku znajdowały się trasy narciarstwa biegowego. Aż mnie kusiło, żeby je wypróbować (oczywiście na biegówkach). 

(szeroki początek szlaku)

Niestety dość szybko okazało się,że nasz szlak wcale nie będzie taki przyjemny. Trasa odbijała w las. Znowu nikt nie przetarł szlaku, znowu ruszamy w wędrówkę po dziewiczym śniegu. Będzie się działo - pomyślałam i puściłam męża przodem. To był dobry pomysł, bo idąc po jego śladach zdecydowanie mniej się męczyłam. 

(na szlaku)

(na szlaku)

Tego dnia temperatura powietrza była dość wysoka. Śnieg na drzewach zaczynał się topić i spadał mniejszymi lub większymi płatami. Wyglądało to mniej więcej tak:
(śnieg spadający z drzew)

Trochę się tego baliśmy. Co jakiś czas było słychać szumy, dziwne odgłosy, a następnie gdzieś w pobliżu coś "leciało" z drzew. Zdarzało się, że się zatrzymywaliśmy i okrywaliśmy swoje głowy rękami, żeby nie dostać z takiej "niespodzianki", tym bardziej, że pod ciężarem spadającego śniegu łamały się również gałęzie.

(na szlaku)

Poza tym było bajecznie. Śnieg wyglądał jak kołderka z cukru pudru. Pod nogami mieliśmy naprawdę grubą warstwę śniegu. Niestety po krótkim marszu zgubiliśmy szlak :( 

(na szlaku)

(na szlaku)

(na szlaku)

(na szlaku)

Akurat od strony, od której się wspinaliśmy oznaczenia były kiepsko widoczne, ponieważ śnieg opanował miejsca, w których zazwyczaj są nanoszone. Byłam bliska wycofania się, ale mąż nie chciał dać za wygraną i po kilkunastu minutach znalazł zielony szlak, który wyprowadził nas na szeroką drogę, po której śmigali na biegówkach czescy narciarze. Myślałam, że Rudawiec musi być już blisko i że powędrujemy dalej śladem narciarzy. Szlak jednak wchodził jeszcze wyżej w las bardzo wąską, potwornie zaśnieżoną ścieżką!!! I podobno do szczytu mieliśmy ok. 45 minut drogi. Wiadomo, że trzeba doliczyć ok. 15 minut ze względu na warunki. Jeszcze tyle!? - pomyślałam już bardzo zmęczona. Znowu chciałam zrezygnować, ale mąż był nieugięty. Idziemy dalej!

(tuż przed wejściem na szeroką drogę)

(po prawej stronie tego znaku mieliśmy się dalej wspinać)

Zapadaliśmy się w śniegu momentami mniej, momentami bardziej. Śnieg był suchy, sypki i puszysty, a pod niektórymi drzewami mokry, wsiąkający w buty i ubranie. Dawało to drobne urozmaicenie ;) 

(tu tylko delikatnie się zapadłam ;))

Gdzieniegdzie pomiędzy drzewami przebijało światło, które dawało nadzieję, że szczyt już niedaleko. Niestety tak nie było. Bardzo się męczyliśmy zakopując się w śniegu, na szczęście już nie błądząc, bo w górnej części szlaku oznaczenia były częste i dobrze widoczne. 

(kosodrzewina pod śniegową kołderką)

(mąż przeciera szlak)

W końcu dotarliśmy do wypłaszczenia. Zauważyłam jakąś tablicę. Ponieważ widziałam w internecie, że na Rudawcu znajduje się tablica z nazwą szczytu, miałam nadzieję,  że jesteśmy na miejscu. Pognałam więc w kierunku tej tablicy zakopując się w śniegu prawie po pachy ;-) A tam... "Granica Państwa". No to gdzie jest ten Rudawiec? Zerknęliśmy na mapę i okazało się, że kawałeczek musimy jeszcze podejść. Spotkaliśmy na trasie narciarskiej kolejnych Czechów. Jedni coś gadali po swojemu,  chyba, że brakuje nam nart. Oj chętnie te narty bym od nich wtedy pożyczyła i zjechała na nich do Bielic. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale od szczytu dzieliło nas już tylko ok. 10 minut. Szło się ciężko, pomimo trasy przetartej przez narciarzy. Wreszcie jeeeeeeest!!! Rudawiec zdobyty!!! Ale to była  męcząca trasa...

(Rudawiec zdobyty)

Widoków z Rudawca przepięknych nie ma. Dookoła świerki... Pogoda była jednak na tyle cudowna, że zrobiliśmy tu dłuższy odpoczynek posilając się i gasząc pragnienie wodą. 

(Na Rudawcu)

(Na Rudawcu)

Wracaliśmy tą samą trasą. Znów było zdecydowanie łatwiej niż podczas podchodzenia. Zejście zajęło nam mniej niż połowę czasu wejścia. Po swoich śladach grzecznie dotarliśmy do Bielic.Pod koniec szlaku na drzewach było już niewiele śniegu... odwilż rozgościła się na dobre.

(schodzimy z Rudawca)

Niestety zabrakło nam już sił i czasu, by zdobyć Kowadło. To tylko 45 minut wspinaczki z parkingu, ale w takich warunkach wejście z pewnością zajęłoby nam więcej czasu. Już nam się nie chciało i po prostu zrezygnowaliśmy Wrócimy tu kiedyś, może latem? Endomondo wyliczyło mi niecałe 10 km trasy w ponad 3 godziny i jest to tylko czas wędrówki. Wiem, że wiele razy gubiłam sygnał gps więc poniższy wykres jest bardzo orientacyjny.



Łydki bolały nas jak po przebiegnięciu ultramaratonu górskiego (tzn. spodziewam się, że właśnie tak bolą łydki po takim wysiłku). Postanowiliśmy więc zrelaksować się pluskając się w basenie i to nie byle jakim...
O naszym krótkim pobycie w Lądku Zdroju przeczytacie wkrótce. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz